Jaka Marynarka Wojenna obroni Gdynię i całe Polskie Wybrzeże? Czyli ciernista droga do Green Water Navy.

          To kluczowe pytanie pozostawało i pozostaje w dalszym ciągu bez odpowiedzi. Od lat ścierają się koncepcje i pomysły, padają liczby, wymieniane są kwoty w miliardach i milionach złotych, wypowiadają się na ten temat różnego rodzaju mniejsze lub większe autorytety, teoretycy lub think tanki. Natomiast efekt, jeżeli oceniać go z dzisiejszej perspektywy jest opłakany.  To, co pozostało po okresie PRL, zamortyzowało się lub zostało z mniej lub bardziej uzasadnionych względów wycofane, czego przykładem są korwety 1241, znane bardziej jako Tarantule (OORP ,,Górnik’’, ,,Hutnik’’, ,,Metalowiec’’ i ,,Rolnik’’).

Mniejsza o nazwy, jednak wartość bojowa tych okrętów była stosunkowo duża i przy konsekwentnie prowadzonym kilkuletnim programie modernizacyjnym można było posiadać cztery korwety rakietowe o dużej dzielności morskiej, niezłym uzbrojeniu, stanowiących konkretną wartość bojową. Polonizacja elektrowni okrętowej ( m. in. wymiana poradzieckich agregatów  na polskie), większości okrętowych maszyn i urządzeń pomocniczych, konsekwentnie i systematycznie wprowadzany i realizowany program wymiany uzbrojenia głównego po wystrzelaniu istniejących zapasów poradzieckich rakiet P 21 i P 22, to była szansa na zwiększenie potencjału Marynarki Wojennej RP przy ograniczanych środkach finansowych. Warto zauważyć iż parametry uzbrojenia rakietowego w czasach wprowadzania tych okrętów do MW były bardzo dobre, a aktualnie można było spokojnie je wykorzystywać do szkolenia przechodząc systematycznie chociażby na system RBS 15 funkcjonujący i wdrożony na jednostkach projektu 151 tj. OORP ,,Piorun’’, ,,Orkan’’ i ,,Grom’’. Bardziej skomplikowanym problemem była kwestia układu napędowego, ale w tym wypadku współpraca z Ukraińcami lub inne realizowane konsekwentnie rozwiązanie związane z modernizacją lub wymianą w ciągu kilku lat mogło przynieść zadowalające efekty.

Oczywiście łatwiej było powiedzieć, że się czegoś nie da zrobić, zakrzyczeć rzeczywistość aby zniechęcić do jakiegokolwiek działania,  chociaż koncepcja modernizacji była bardzo zaawansowana i rozpatrywana na najwyższym wojskowym szczeblu. Niemniej zabrakło chyba wtedy determinacji i inwencji w samej Marynarce Wojennej. Wspomniane okręty były, mimo swoich niewątpliwych walorów, wycofywane ze służby (pierwszy z nich o ile mnie pamięć nie myli w 2004 roku) i wszystkie nadal cumują w porcie wojennym na Oksywiu, wycofane do rezerwy, opuszczone przez załogi, jako swoiste ,,okręty widma’’.

To tylko jeden z przykładów braku pomysłu na modernizację i utrzymanie potencjału MW. Drugim przykładem są przejęte od USA fregaty OHP (,,Pułaski’’ i ,,Kościuszko’’). Zasadniczy problem dotyczy warunków i zasad przejęcia oraz eksploatacji tych jednostek. Warunki umowy bardzo ograniczały możliwości strony polskiej w zakresie remontów, modernizacji czy obsług technicznych istotnych elementów systemów uzbrojenia, ogólnookrętowych czy siłownianych. Nie mieliśmy technologii, zabezpieczenia fachowego i technicznego, a koszty utrzymania z tego względu znacząco drenowały budżet marynarki wojennej.

W pierwszych latach eksploatacji tych jednostek wycofano lwią część pozostałych okrętów (ściągacze, kutry ZOP, pierwsze dwie jednostki 1241, w tym ORP ,,Górnik’’ po zakończonym remoncie kapitalnym oraz jeden co dopiero wyremontowany okręt hydrograficzny), argumentując to ich wiekiem i stanem technicznym, czy brakiem przydatności. Jaka jest rzeczywista wartość bojowa polskich OHP, jakie są zapasy środków bojowych, części zamiennych, kto i za ile prowadzi remonty i obsługi techniczne sprzętu, jakie do tej pory poniesiono związane z tym wszystkim koszty – to pytania, na które oficjalne odpowiedzi są często pełne ogólników, patosu i mają charakter zasadniczo wizerunkowy (często eksponuje się szanse jaką otrzymaliśmy aby wypłynąć na szerokie wody z innymi marynarkami NATO, uczestniczyć w stałych zespołach SNMG itp.). Przydałby się rzeczywisty audyt, nie po to by krytykować ówczesną i dyskusyjną decyzję o przejęciu tych jednostek, ale żeby zdefiniować stan rzeczywisty, bo najgorzej żyć w nieświadomości.  Teraz już nikt o tym nie mówi, ale w tamtym czasie tj. w latach 1999 – 2000 były jeszcze inne możliwości pozyskania jednostek tego typu w Holandii (fregaty rakietowe typu Kortenaer) lub nieco mniejszych ale odpowiednich na Bałtyk z Francji (korwety D’Estienne d’Orves). Jednostki amerykańskie w tamtym czasie były już ponad dwadzieścia lat w eksploatacji, podobnie jak francuskie i holenderskie.

      Program Gawron, który miał być przełomowy dla marynarki wojennej, zaowocował do tej pory okrętem, który w trakcie już 14 – letniej budowy zmienił swoją klasę z korwety wielozadaniowej na okręt patrolowy. Mamy jednostkę o wyporności ponad 2000 ton, uzbrojoną według oficjalnych źródeł w armatę 76 mm, cztery karabiny maszynowe oraz rakiety przeciwlotnicze bliskiego zasięgu typu GROM. Oczywiście od dłuższego czasu padają pocieszające komentarze, że jak budżet pozwoli to okręt może być dozbrajany w rakiety, torpedy itp. W 2012 roku poniesione koszty budowy wynosiły w przypadku tej jednostki ok. 500 mln zł  (docelowo bez środków bojowych w wersji pierwotnej miało być 1,46 mld. zł.). Jakie są więc do dzisiaj ?

Dla przykładu korweta 1241 w wersji posiadanej przez MW miała wyporność 455 ton, dwie podwójne wyrzutnie rakiet woda – woda, armatę 76 mm, dwie sześciolufowe szybkostrzelne armaty plot AK630 i czterorurową wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych bliskiego zasięgu Strzała 2 M, no i była ok. 13 – 15 węzłów szybsza. Ponadto wchodziła do większości portów polskich, mówię tutaj nie o Gdyni, Gdańsku, Świnoujściu czy Szczecinie ale mniejszych portach, gdzie mogła się w razie potrzeby ukryć się i odtworzyć gotowość. Niestety okrętom rakietowym przyklejono w latach 90 – tych ubiegłego stulecia etykietę konstrukcji zimnowojennych.

        Jak spojrzymy na naszych sąsiadów z Północy tj. Szwedów czy Finów, to oni jednak nie zarzucili ,,procederu’’ rozwoju tych ,,zimnowojennych’’ konstrukcji. Visby, Hamina, Rauma, Sztokholm czy Goeteborg to typy jednostek rakietowych, eksploatowanych przez naszych północnych sąsiadów. Dla ciekawości dodam, że całkowity koszt okrętu rakietowego Hamina, uzbrojonego m.in. w cztery wyrzutnie rakietowe woda – woda wynosił w roku 2003 ok. 26 mln dolarów ( na tamte czasy ok. 85 mln zł., na dzisiejsze ok. 100 mln). Wietnam natomiast  eksploatuje Tarantule w nowej wersji z rakietami URAN (16 wyrzutni woda – woda).

Może należałoby by sobie zadać pytanie: czy przypadkiem nie przesadzamy z ambicjami posiadania wielozadaniowych fregat broniących naszych interesów w różnych rejonach świata, gdy nie mamy za bardzo czym się bronić na Bałtyku ?

Mamy takie Wybrzeże jakie mamy i sąsiadów mamy też takich jakich mamy. Czy może w tej sytuacji nie odwołać się do starej zasady: ,,jeżeli nie masz ciężkiej kawalerii to trzeba zbudować wilcze doły, w które ta ciężka jazda może się zapaść’’. Te ,,wilcze doły’’ to w naszym wypadku przede wszystkim:

  • możliwość prowadzenia totalnej wojny minowej na morzu, a więc trałowce, okręty transportowo – minowe, kutry trałowe – stawiacze min, czyli jednostki które mamy na wyposażeniu i co do produkcji których nasz przemysł stoczniowy ma doświadczenie;
  • obrona przeciwdesantowa realizowana przez saperów marynarki wojennej (m.in narzutowe minowanie wybrzeża);
  • reaktywacja Helu jako rejonu umocnionego, skąd niedaleko jest w linii prostej do Kaliningradu i Bałtijska;
  • rozbudowa i rozwój potencjału nadbrzeżnych dywizjonów rakietowych oraz przywrócenie marynarce wojennej lotnictwa uderzeniowego, którego pozbyła się w ramach tzw. restrukturyzacji i reorganizacji;
  • śmigłowce ZOP i do zadań trałowo – minowych;
  • rozbudowa potencjału okrętów rakietowych.

Jeżeli chodzi o okręty podwodne to powinny one mieć przede wszystkim pełną swobodę działalności operacyjnej na Bałtyku bez ograniczeń. Chodzi przede wszystkim o wykorzystanie uzbrojenia rakietowego czy torpedowego. Okręty, dla których Bałtyk będzie akwenem zbyt małym i zbyt płytkim, aby wykorzystać swój potencjał nie są chyba nam potrzebne. Także należy tutaj zachować dużą dozę rozsądku, tym bardziej że takie produkty na rynku uzbrojenia można znaleźć.

          Reasumując dotychczasowe rozważania, należy sobie odpowiedzieć na pytanie jaki jest podstawowy cel działania MW RP, a następnie dopasować strategię i koncepcję rozwoju do tego celu. Celem zasadniczym jest, jak w przypadku całości sił zbrojnych, obrona granic, niepodległości i suwerenności państwa. Mając nadzieję i ufność w trwałość sojuszy, musimy więc zrobić wszystko aby dać szansę sojusznikom, a w rzeczywistości temu największemu i najrealniejszemu sojusznikowi jakim są USA na przyjście nam z pomocą. Inaczej mówiąc, musimy wygrać czas, zatrzymać potencjalnego przeciwnika tak długo jak to możliwe oraz zadać mu jak największe straty w wypadku konfliktu zbrojnego. Obawiam się, że fregaty wielozadaniowe  na Bałtyku (zwłaszcza te, które posiadamy), czy ORP ,,Ślązak’’ nie są w stanie tego zadania wykonać. Sama prezentacja bandery i ambitne założenie o obronie naszych interesów w różnych rejonach świata i na różnych akwenach będą niestety bezprzedmiotowe.       Szybka poprawa sytuacji jest możliwa przy zastosowaniu zasady koszt – efekt, czyli szukamy takich rozwiązań, które przy dysponowanych i zaplanowanych środkach finansowych dadzą w najkrótszym czasie możliwe największy pozytywny rezultat. Na tym polega optymalizacja. Osiągnięcie założonego celu nie jest funkcją ambicji oceanicznych oraz liczby admiralskich lampasów, a tych po 1989 roku wyprodukowaliśmy na pewno więcej niż w czasie II RP i PRL łącznie. Najpierw należy zadbać o ,,własne podwórko’’, a dopiero potem myśleć oceanicznych operacjach. To wydaje się w naszych warunkach politycznych i przy obecnym potencjale wyjściowym najbardziej racjonalne podejście. Chyba, że planujemy rozwój MW RP tak, aby znowu wykonać ,,Pekin’’ ( dla niewtajemniczonych była to  operacja wycofania części polskich sił morskich we wrześniu 1939 roku– trzech kontrtorpedowców z Bałtyku do Wielkiej Brytanii w obliczu grożącego wybuchu wojny).

Oczywiście moje przemyślenia nie mają absolutnie na celu umniejszać autorytetu czy deprecjonować oficerów i marynarzy floty, ich kwalifikacji czy motywacji do służby,  gdyż sam bowiem przez 12 lat służyłem bezpośrednio na okrętach. Wykonują oni swoją służbę najlepiej jak potrafią na takim sprzęcie, jaki otrzymali. I chwała im za to co robią.

,,Dogfish’’ – Były żołnierz zawodowy,  oficer MW, żołnierz struktur NATO i SG WP, uczestnik operacji ISAF, inżynier, operator, logistyk i wykładowca akademicki.